Turcja 2011 - skromna relacja -wojaż autkiem by jacky & maryla...

witam,

otwierając wątek zaprosiłem do pomocy w dopracowaniu niektórych naszych detali wojażu...

acha...  zapomniałbymprzedstawiamy się ...

 

naszą mocną inspiracją była wyprawa AD 2009 do Kapadocji...

bylismy pełni niedosytu Turcji...

i na rok 2011 zaplanowaliśmy - troszkę powędrować na trasie po Bałkanie i samej Turcji...

a potem pobyczyć się na plaży w Kizkalesi...

pytanie dlaczego tak i tam ?

no cóż - starzejemy się i lubimy wygrzewać stare kości w ciepełku...

i to zapewnia nam właśnie Kizkalesi...

a tradycyjnie jak co roku pojechaliśmy nową trasą, niestety - mało jest o niej w przewodnikach - stąd  starałem się pozyskać pomoc z sieci, liczyłem na bywalcow TwS...

w kolejnych wpisach podajemy więcej detali...

teraz tylko zarys planu...  a potem w detalach jego realizacja... 

1. termin startu na 3 tygodniowy wypad zaplanowałem na 27 sierpnia...

2. trasa tradycyjnego włóczenia się - przy sprzyjającej pogodzie - via SK, HU, RO i BG - wjazd do TR przez Małko Trnovo / Derekoy...

a potem: Istambuł ( bez zatrzymywania się ), Izmit, Golcuk, tutaj dwie opcje ( albo Yalova albo Iznik - tam z 2 noclegi ), Bilecik, Bozuyuk, stamtąd dwie opcje ( detale później ), Cay, Konya, Mut, Silifke, Kizkalesi...

chciałem trasę przejazdu wykorzystać do sensownego zwiedzania, niestety wszelakie przewodniki są więcej niż skromne...

w sieci tureckiej też niewiele udało mi się zdobyć...

ahoy...  ( eee - jak to jest po turecku ? )...  teraz już wiem - jednym z odpowiedników jest merhaba... 

w motelu Comfort między Sibiu a Sebes, ciut za Apoldą...

tym razem miksuję zdjęcia z 2 podróży, z roku 2009 i 2011, dotyczą jednak tego samego obiektu...

pokój dwójka za jedyne 22 €, z opcją pryczy nad łożem małżeńskim dla dzieciaka...

stolik malusi, ale tv kablowa bogata...

rankiem żegnająca nas kompania opiekunek czystości...

motel widziany z tyłu...

bardzo blisko do przystanku kolejowego, nocy spoko - nie dokuczają odgłosy...

tuż za przejazdem kolejowym lokalna knajpka...

generalnie - na trasie między Sibiu a Sebes jest co najmniej 6 motelików, śmiało można liczyć na nocleg...

niektóre przyjmują rezerwacje netowe...

a potem to już kolejny skok w stronę kraju...

  

Fajny patent, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić nocleg z opcją powietrznego desantu nieletnich na łoże małżeńskie...

nic nie stoi na przeszkodzie - zamiana...

dzieciaki na dole ...

tylko kto będzie czekał na bociana ?

:-) 

z Obzoru wyjeżdżamy 16 września o godz. 07:30 zaopatrując się w sezonowej piekarni w pakiet baniczek...

trasa wiedzie nas tradycyjnie przez Varnę (8:20), Razgrad (10:10) i most w Russe / Giurgiu (11:33), gdzie stwierdzam obniżenie opłaty do 4 leva ( lub 2 € )...

tym razem postanowiłem trochę poeksperymentować i z Giurgiu pojechaliśmy do Ghimpatii (12:45) - ten odcinek był nam znany od wielu lat ale ostatnio zarzucony...

do Ghimpatii droga nawet dość dobra ale kolejny odcinek od Vadu Lat aż do Corbi Mari ( wjazd na autostradę 13:50 ) - to makabrescu...   nigdy więcej...

dalej jedziemy przez Pitesti, Rimnicu Vilcea, Cozia ( byłem już w tamtejszym monastyrze - innym polecam...

o 18:30 wjeżdżamy do Apoldu de Sus - tutaj czynię sobie prawie półgodzinną sesję foto spacerkową....

ha - znów mam jakiś problem ze wstawianiem zdjęć, pozostawiam więc tekst i idę rozwiązywać problem... 

    

na przykładzie tej wioski, kiedyś z aspiracjami do praw miejskich - jednej z najbardziej znanych  w Transsylwanii można sporo się dowiedzieć o tej krainie...

zatrzymaliśmy się na parkingu przy szkole, uwagę moją przykuł pomnik na dziedzińcu kościoła luterańskiego...

oto sam kościół z lekkiej oddali...

siedziba wójta ...

stare domostwa Sasów Siedmiogrodzkich poddane renowacji i "modernizacji" ( niezbyt ukryty talerz antenki satelity )...

i jeszcze jeden...

dom ze studnią na zewnątrz domostwa - czyli jakieś większe poczucie wspólnoty było...

i pytanie, dlaczego studnia jest kwadratowa ?

warto było się zatrzymać - nie tylko dla wyprostowania kości od wielogodzinnej jazdy... 

trochę brakowało czasu na dokończenie...

a skoro napisałem jak wyjechałem, to należy się choć lakoniczny skrót jak to było w drodze powrotnej...

o 13stej zjechaliśmy z autostrady - kierunek na Kirklareli...

a tamże zachodzimy na zakupy do marketu Kipa, pozostaly nam liry nie wydane (  a zaprojektowane ) na ostatni nocleg w TR...

jest południe, jakoś mało ludzi na parkingu i w samym sklepie przypominającym nam mocno znaną w PL markę Real..

no i dylemat na co wydać i to z głową...

i mój wzrok pada na rzeczy przydatne w gospodarstwie domowym a konkretnie przy pracach kulinarnych...

widzę po prostu rondle a jako, że są produkcji TR więc i cena atrakcyjna - szybko przeglądamy ofertę i dokonujemy wyboru, przeliczam w pamięci, wychodzi na to, że za ostatnie centusie możemy jeszcze dokupić bulguru...

i mercimek...

zakupione rondle zdają w domku egzamin na więcej niż piątkę, poza jednym na którym nie ma znaku zmywarki...

14:55 meldujemy się na przejściu w Derekoy...

teraz się dziwię, dlaczego nie machnąłem tam fotografii, nie zauważyłem zakazu przecież...

15:25 już po stronie BG kupujemy winietkę BG za 10 leva ale musimy zapłacić aż 3 € za dezynfekcję kółek - sądziłem, że ten relikt przeszedł już do historii...

przemykamy przez Małko Trnovo, kątem oka na jednym ze skrzyżowań widzę bielejącą bryłę tamtejszego kościoła katolickiego...

zwiedzanie Małko Trnovo odkładamy na kolejny rok, tym razem się spieszymy ale gdyby przyszło nam tam przyjechać przed zmrokiem to ulokowalibyśmy się w tamtejszym moteliku, który widziałem najeżdżając od strony Careva...

na trasie do Burgas odnotowujemy, że znaczne odcinki drogi poddano istotnej modernizacji a ulokowany tam sprzęt budowlańców drogowych rokuje, że być może owe prace zaowocują dobrą nawierzchnią po okresie jesienno - wiosennym już latem 2012...

to dobry prognostyk...

jedynie w małej wiosce Marinka przed Burgas dziury ( po bułgarsku "dupki" ) i rowki w poprzek jezdni - pewnikiem po wykopach wodno-kanalizacyjnych...

godzina czasu od 17:40 do 18:50 schodzi nam na zakupy zaopatrzeniowe dla naszego barku domowego...

do Obzoru wjeżdżamy o 19:50 i od razu do gospodyni znanej nam z roku 2007, przypomina nas sobie szybko i prowadzi do pokoju znanego z poprzedniego pobytu...

zauważam, że solidnie doposażyła kąt kuchenny i jadalnię a wiadomo mi, iż latem gości sporo krajan...

za dwa noclegi płacimy jej dwukrotność kwoty 20 leva...

następnego dnia po celebracji śniadania - plaża ( brrr... jakie zimne wody Morza Czarnego ) i zakupy w tamtejszych sklepikach, dokupujemy zamówioną ceramikę ( naczynia do gjuwecz )...

jeszcze jest ciepło ale wieczorny chłód przypomina o nadchodzącej jesieni...          

Widzę sporo zbieżności, bo, po pierwsze trasę powrotną mieliśmy niespodziewanie tą samą. Po drugie, też zdumiała nas dezynfekcja kółek auta... Po trzecie, również mamy zapas bulguru i mercimek, tylko rondli nie kupiliśmy. Mamy za to fajny piętrowy czajnik do herbaty, ale to z poprzednich wojaży.

Rowy po robotach kanalizacyjnych w wiosce bułgarskiej wspominam bez rozrzewnienia. Nasz nocleg przypadł w Pomorje, na kwaterze prywatnej. Cena była chyba nieco wyższa, ale braliśmy apartament 2-pokojowy...

Mam też pytanie, czy wspominany przez Ciebie gjuwecz (jak sądzę potrawa bułgarska) jest bardzo zbliżony do tureckiego güveç?

nieważne czy z BG czy z TR ...

wszak to te same połączone naczynia kulinarno-kulturowe obydwu krajów...

teraz już wiem, że w BG nazewnictwo przyjęto od "okupantów" z TR :-)

kiedyś byłem jedynie przekonany, że gjuwecz to jedynie bułgarska specjalność dopóki nie otworzyły mi się oczy w TR...

co prawda klasycznego gjuwecz w TR nie jedliśmy ale dania w tym stylu...

musiałbym poszukać w swoich reportażach z Kapadocji...

na pewno cechą wspólną jest fakt zastosowania naczynia "glinianego"...

sądziłem, że "gjuwecz" to nazwa naczynia - okazuje się, że tańcuje o dania przygotowane i serwowane w takowych...

od lat kupujemy dla siebie ( mamy niezłą kolekcję i to na co dzień funkcjonującą ) owych naczyń...

w których na codzień jadam każdą zupkę...

kupujemy też na zamówienie rodziny bliższej i dalszej...

a jak im się potrzaska - to znów dokupujemy...

a znamy dwa rodzaje naczyń - zamykane dekielkiem i całkiem odkryte...

może przy okazji sprezentuję fotki...

a na dzisiaj podsumowanie - wszelakiego rodzaju znane nam zapiekanki w szklanych naczyniach zostaly przez nas przeniesione do naczyń gjuwecze...

składniki zaś to wedle inicjatywy codziennej - na przykład jutro będą w nich serwowane dla nas i 4 osobowej rodzinki starszego syna - dania oparte na rybie - konkretnie - mamy zakupioną rybę - morszczuka argentyńskiego ( nowość w MC&C ) a pozostałe składniki - to tradycyjnie - to co siedzi w lodówce...

tak jak u "makaroniarzy" tworzy się pizzę, tak u nas - gjuwecz...

i już...

    

to są już na prawdę ostatki...

architektura widziana z okien samochodu jednak czyni wrażenie...

qurde, zawiesza się oprogramowanie na etapie prób wstawiania kolejnych fotografii...

w między czasie wrzucę myśli jakie przychodziły nam do głowy w ostatnich godzinach pobytu w TR...

przede wszystkim ocenialiśmy "plusy i minusy dodatnie" :-))

a to głównie pod kątem kolejnego wyjazdu, czyli co usprawnić w planach i w przygotowaniach...

na pewno wiemy już teraz które trasy są nam przyjazne, czyli gdzie jak się fajnie nie tylko jedzie ale też gdzie jest co po drodze zobaczyć ale przede wszystkim jakie jest nasycenie punktów noclegowych i jak je szukać...

bo i tak dominować będzie w naszych jazdach improwizacja, więc nie znajdujemy uzasadnienia w rezerwacji noclegów przed wyjazdem... 

jesteśmy też przekonani, że niekoniecznie trzeba walczyć autostradami, wszystkie pozostałe drogi krajowe są bardzo dobrej jakości...

żeby dostać się autkiem do TR to zasadniczo są dwie "możebności":

- przeprawa promem...

- przejazd autostradą i mostem nad cieśniną w obrębie Istambułu...

potem można już gnać jak się chce...

i nie ma znaczenia którym przejściem granicznym się wjeżdża / wyjeżdża - obydwa, które zaliczyłem leżą na granicy z BG - wcale nie odnotowałem obciążenia...

choć przypomina mi się wjazd do TR z roku 1998 - wtedy w Kapitan Andrejevo był tłok uzasadniający wybudowanie tak wielu bramek wjazdowych...

teraz większość z nich stoi opustoszała, praktycznie obsługa wjeżdżających i jadących w drugą stronę odbywa się na jednej bramce...

rok wcześniej to musiałem nawet budzić z drzemki gostka w budce handlującego wizami, leżał sobie - sic - w godzinach pracy na leżance...

a to już ostatnia stacja poboru e-myta...

jak widać na załączonym obrazku kierowaliśmy się do bramki oznaczonej KGS...

niestety, okazało się, że zapas na owym plastyku wyczerpał się na wczesniejszych bramkach a obecnie wyświetlacz pokazywał niezbędną należność - 6 lira....

za nami zaczęto się już powoli denerwować ale podszedł jeden z kierowców i zorientowawszy się w czym dzieło pokazał, że następny stangret może odstąpić nam swoje liry z karty ale musimy odpalić mu gotówkę...

całe szczęście, że mieliśmy takową, ponieważ mając przygotowane lira na ostatni nocleg - ten w Gebze - zapłaciłem tam w walucie wujka Obamy...

dopiero po powrocie do kraju doczytalem się w sieci, że na stacji paliw w Kirkarele można tą kartę ponownie doładować...

dobrze, że plastyku nie wyrzucilem, zostawiłem go sobie pamiątkę, teraz okazuje się, że w kolejnej podróży będzie urządzeniem ponownie przydatnym...    

po solidnym odespaniu się, jakoś w drodze rajzefiber nam już nie dokucza, tylko w dniu startu - także startu powrotnego...

wyrwaliśmy się na obwodnice prowadzące do autostrady...

a na niej takie oto widoczki...

z całą pewnością jazda autropstradą to nie to samo co zwiedzanie ale zawsze coś wpada ciekawego do oka...

przede wszystkim skojarzenie - zrozumienie, że ta metropolia ma już ponoć ponad 12 milionów mieszkańców, jak ktoś ma nowsze dane niechaj poprawi...

ale jaka jest prawda nie statystyczna, to czort wie, ilu tam jest mieszkańcow "bez meldunku"...

a i ichniejszy stadion narodowy z serii "arena"...

no cóż kształt to on ma...

może kiedyś przyjdzie naszej narodowej zmierzyć się tam z Turcją...

teraz to jest już inna drużyna ...

a kojarzy mi się wygrana naszej z Turcją na stadionie Śląski bodajże w rozmiarze 8 :0, gdzieś około roku 1968, był to wówczas najmniejszy wymiar kary...

cóż, łezka się kręci ale wtedy grali tacy piłkarze jak Lubański i Szołtysik...

cdn...

  

 

codziennie zagladalam a tu NIC!!!!!

nareszcie nowy wpis :)

dzieki, czekam na kolejne!!!

ale - zastanawiam się, czy nie kontyunować dywagacjami i wspomnieniami z poprzednich lat...

zastanawiam się też, czy nie zamienić wątku na "przedłużony" tytuł dokładając doń rok 2012...  

Dla wielu osób będzie przejrzyściej, jeżeli w celu planowania/wykonania wyprawy 2012 założysz nowy wątek, zatytułowany przykładowo 'Wojaż autkiem by Jacky & Maryla 2012' ;)

skorzystam z niej...

dzienks :-)

skoro już wrzuciliśmy małe co nieco na ruszt więc dalej do przodu...

wyjeżdżając z Kizkalesi miałem zafiksowane punkty noclegowe na trasie...

wcześniej przejrzałem informacje w necie o noclegowniach w Bozuyuku, Demirkoy, Bileciku, Pamukovej...

zdawało mi się, że dalej niż do Pamukova nie dojedziemy...

a wjechaliśmy do Pamukovej o 16:25, zjechałem z głównej drogi i zatrzymałem się widząc patrol policyjny - taż to jeden z najlepszych punktów informacyjnych...

zawinąłem rękawy i dawaj pytać się o sypialnie...

no to wskazał w lewo, prosto - czyli do centrum ...

wjechaliśmy, ale dom z napisem motel miał już dawno zamknięte podwoje, więc pytania kierowane do wysiadujących ( ze zmęczenia ) statecznych mężów w herbaciarni nasyciły nas wskazaniem w boczną uliczkę...

i znów - zero efektu - pokręciliśmy się trochę po miasteczku a maryla powiedziała, że mamy jeszcze sporo czasu - więc możemy jeszcze powalczyć z trasą...

trochę było mi szkoda. miałem ochotę na wieczorne powałęsanie się po uliczkach - ale trudno....

jedziemy...

zacząłem się łudzić, że wzorem europejskich zwyczajów znajdziemy nocleg w jakimś moteliku położonym nad jeziorem pod Adapazari...

jeziorko bodajże o nazwie Sapanca - jak miasteczko obok...

i pojechaliśmy bocznymi drogami przemykając pod autostradą...

a potem dookoła jeziorka i ...   guzik z pętelką...

żadnego motelu...

dopiero jak już zaczynało ściemniać się wjechaliśmy do Gebze, też się trochę pokręciliśmy - już nie miałem sił a nie chcialem mierzyć się z nocnym atakiem z mostem nad Bosforem...

nawet nazwy tego hotelu nie odnotowaliśmy, ale był luksusowy...

po wieczerzy przeszliśmy się trochę po sąsiednich uliczkach ale szybko do łóżkowic wygonił nas prawie lodowaty wiatr duchający z zatoki...

rankiem mieliśmy znakomitą wyżerkę na śniadanie ( bufet szwedzki ) przy czym ja  sobie zamówiłem smakowitą jajecznicę...

fotografii już nie wykonaliśmy...

trochę ich cyknęliśmy na autobanie następnego dopołudnia ale o tym w następnym odcinku...        

słowo się rzekło, kobyłka u płota...

niby nawiązuję do kulinarnych skojarzeń...

no jadziem Panie Zielonka...

za Afyon a właściwie jeszcze nie wyjeżdżając za opłotki ( nie widziałem takich ) zajeżdżamy do knajpki przy stacji benzynowej...

tradycyjnie zupka ale też tradycyjna sałatka ląduje na stoliku...

a jaka smakowita...

talerzyku bliżej...

tylko przez dwa pierwsze wyjazdy na Bałkan woziliśmy z sobą butlę gazową i chińskie zupki...

teraz pichcimy sobie w niektóre dni pbytu a na trasie to już obowiązowe jedzonko - albo w barach dla TIRowców albo takich sobie lokantach...

a że nauka nie idzie w las, to poniżej salatka wykonana już w domu - dwa miesiące po powrocie z TR a dzień przed wylotem...

miał być to test aparatu po naładowaniu baterii...

nie da się ukryć, że jest to tym razem samodzielna praca maryli... 

zastanowiłem się teraz - zadałem sobie pytanie - ale też puszczam je w sieć...

czy w języku tureckim ma ona osobistą nazwę, tak jak na przykład w BG występuje pod nazwą "szopskiej" ? 

milo czytac, popatrzyc i poogladac :)

obie salatki b. apetyczne, tureckie pomidorki bez skorki!

a u p. Maryli moj ulubiony koperek!!!

oj, zachciewa sie juz urlopu....

na razie w małej "odstawce" - po prostu surowiec czyli pomidorki et cetera w wersji zimowej oferty realizowanej w naszych marketach mają smak mocno "papierowy"...

a koperek - jest go trochę zmagazynowanego jesienną porą w pudełeczku zdeponowanym z zamrażalniku...

ma lepszy aromat po odmrożeniu niż papierowy z marketu...

też nie mogę się doczekać tych kupowanych na targowisku na Bałkanie, w TR.... 

W Turcji funkcjonuje jako çoban salatası czyli sałatka pasterska. Nieco informacji w artykule o przekąskach i sałatkach.

zaprawdę - powiadam Wam - to znaczy piszę - godne rozpowszechnienia...

i zasmakowania....

a do samego artykułu nie śmiałem dołączyć swoich obrazków, natomiast chętnie udostępnię je za frico upoważniając admiralicję do podpięcia ich tamże... 

bo takiego zestawu surówek / składników jeszcze w artykule nie ma...

no i mam nadzieję, że lokal gastronomiczny w którym gościlismy nie zgłosi roszczenia co do praw autorskich dotyczących receptury...

maryla się bardzo ucieszy, jak komuś zasmakuje...

PS - zapas soku z wybuchowych owoców, tzn. granatów mamy jeszcze na spory okres czasu a tymczasem z braku nie laku ale smacznych tomatów jego ( soku ) konsumpcja została w znacznym stopniu wstrzymana...

jest niesamowicie gęsty...

dobrze byłoby kiedyś poznać technologię jego produkcji...

wybuchowego sosu używacie do çoban salatası? a do czegoś jeszcze? :>

ja dodaję go do sałatki marchewkowej (tzn starta marchewka+ew jabłko), ale więcej zastosowań nie wymyśliłam, toteż będę dźwięczna za wskazówki ;)

Qurde...

:-((

wczoraj mieliśmy sałatkę marchwiowo - selerową i nie wpadłem na pomysł coby maryli doradzić...

ale zaraz jej się pochwalę Twoją podpowiedzią...

właśnie szukamy zastosowań, bo na świeże i smaczne tomaty pzyjdzie jeszcze poczekać...    

temat należy uważać za otwarty - może jeszcze ktoś podrzuci zastosowanie ?

...jest u nas dostatek. Dziękujemy, ale na galerii na Facebooku ich dużo prezentujemy.

za każdym razem nasza droga powrotna upływa pod znakiem podsumowania bieżącej wyprawy i "wylania fundamentów" pod przyszłoroczną...

a tym czasem zatrzymujemy się na parkingu...

jest prawie południe...

maryla nalewa kawę z termosu a ja udaję się w poszukiwaniu ustronnego miejsca celem "przewinięcia małego"...

a jak na złość prawie żadnego krzaczka...

na samym parkingu sklepik z skorupiakami...

zaglądam, ogladam produkty i pytam się o zezwolenie na wykonanie fotografii...

miałem dodatkowy zamiar cuś dokupić...

ale słysząc odmowę na wykonanie fotografii wychodzę rozeźlony...

a kij im w oko...

może kolejność była zła i należało wpierwej cuś kupić...

ale skoro nie zostałem potraktowany wedle zasady "klient nasz pan" - więc kij im...

teraz obrabiając fotkę widzę, że na dalszym planie widać na brzegu jeziora małą jakby przystań bo nie molo...

może jednak należało zjechać na sam dół i zobaczyć z bliska brzeg jeziora...

generalnie wiadomo, że tureckie jeziora są bardzo mocno zasolone stąd nie spotka się na ich brzegach takiego nasilenia ośrodków wczasowych czy choćby motelików, kempingów, pensjonatów...

o tym przekonaliśmy się więcej niż dogłębnie jeszcze tego samego wieczoru....

a tymczasem....

 

   

jeszcze jedno luknięcie zumikiem i furda ...

no wlasnie- kiedy??

zaczynam czytac, czytam a tu.....koniec:(

prosze o dluzsze relacje,

fajnie sie czyta-tylko dlaczego tak krotko???

pozdrawiam,

Lux

powoli dobiega końca...

to fakt...

ale to jeszcze nie nie jest absolutny koniec...

będzie jeszcze małe co nie co z trasy, już nie koniecznie na drogach TR...

mogę jeszcze co prawda wrócić się do wspomnień z lat ubiegłych zamieszczonych na innych forach...

ale wolę to sobie darować...

i skoncentrować się docelowo na przymiarkach do TR 2012...

ale, zaś to ale,  już nie jestem tego pewien ...

biorąc pod uwagę pacyfistyczne nastroje admiralicji...

zastanawiam się nad kontynuacją...

ale, zaś to ale, póki co już wkrótce będzie reperkusja kulinarnych "szkoleń" w TR...

zaczęła się już dla nas 13 września...

nomen - omen ale tej cyfrze nie nadaję złowieszczego znaczenia - jedynia wzmagające ostrożność na drodze ...

podobnie ma się jak drogę przebiegnie mi czarny kocur...

a więc - już wczesną nocką dokuczyła nam straszna choroba wojażerów...

nie, nie - biegunka ale zwykła rajzefiber...

co spowodowało, że jeszcze ciemną nocką pakowaliśmy się do cytrynki...

a start został odnotowany w dzienniku pokładowym o godz. 04:35...

 

  

jeszcze wyruszając z Kizkalesi - na wysokości Silifke - temperatura nad ranem oscylowała około 20 st. C...

do świtu mieliśmy w górkach już tylko 12 st. C - więc na pierwszej kawce z termosu wskoczyliśmy w bluzę dresową...

ta seria fotek została wykonana na IIgim popasie...

trochę wcześniej były bardzo fajne widoki księżyca oświetlanego wschodzącym słońcem....

zgapiłem się wtedy...

 

pomyśleć sobie można że owa droga - wiadomo, że ten odcinek przed przełęczą został zmodernizowany rok temu - wygląda jak górski odcinek autostrady - a to jedynie droga krajowa...

jeszcze tylko ostatnie spojrzenia okiem aparatu wstecz...

lepiej się nie rozczulać, że urlop zaczyna dobiegać końca....

ale też i wzmożona uwaga, jescze tyle km przed nami...

Ujęła mnie zwłaszcza trzecia fotografia - chyba załapaliście się na tzw. złotą godzinę (golden hour) - najlepszy czas dla fotografów (tuż po wschodzie i tuż przed zachodem słońca).

może raczej żłobek...

nadal uważam się za raczkującego...

na codzień nie mam czasu na zabawy z aparatem więc wyjazdową porą improwizuję a raczej czynię na czuja... 

a co ujęć przy świetle wschodzącego ( bądź zachodzącego ) słońca to może jeszcze uda nam się dojechać a raczej wjechać na Nemrut Dagi...

po zaliczeniu Kapadocji 2009 poczułem się zmęczony i pojechaliśmy się pobyczyć na plaży...

ano - nie tylko zabawialiśmy się w Makłowicza...

wracając w południe z targu wpadła maryli w oko taka knajpka....

jeszcze nie było klientów...

więc zaprosiliśmy się dopiero na kolację ( w naszym rozumieniu )...

oto jej główne menu, nas najbardziej interesujące ...

knajpka była jak najbardziej rodzinna, specem od sałatek jeden z synów...

szybko zajmujemy miejsce i...

spokojnie oczekujemy...

jako pierwsza przed nami ląduje sałatka....

obficie potraktowana sumakiem i sokiem z granatu...

szybko dokumentuję flaszkę z owym sokiem na ladzie...

niestety - takich flaszek nie spotkaliśmy w zadnym z marketów...

kupilismy inny fabryczny oraz domowej roboty na targu...

wkrótce ląduje danie główne, mięsko na podbudowie ryżu....

do popicia ayran, szkoda, że nie domowy - liczyłem na takowy...

ale chlebek "naleśnikowy" już jak najbardziej...

 a na deser - szklaneczka ( po naszemu "literatka" ) herbatki...

jeszcze teraz - wspominając - mam w ustach smak tej wieczerzy...

pozna pora, czas spac a tu.... glod sie budzi po takiej relacji :)

mniam, mniammm chyba "obrobie" lodowke- choc pozne jedzenie podobno niezdrowe ? ;)

smacznego :-)

 

póki co to tureckie żarełko było dla nas lekkostrawne....

powoli danie nabiera widoku...

i sosik też się wytwarza...

no to powoli jedzonko można uważać za prawie że ukończone...

i wreszcie podano do stołu...

w znakomitym sąsiedztwie winka i raki...

i na tej fotografii kończymy przydługaśny opis zabawy w Makłowicza...

receptura widoczna gołym okiem...

czynności w przyrządzaniu też...

i po miesiącach od owych czynności - już znów mam ochotę powspomagać marylę w pichceniu...

PS - w drodze powrotnej - zatrzmalismy się na 2 noce w Obzorze i tam na targu wieczorkiem zauważyłem w ofercie sprzedaży okrę...

była jakaś wymiętoszona i bynajmniej nie zachęciło mnie to do zakupu na potrzeby domowe...

bo jak wiadomo - wszystko najlepiej smakuje - TAM - na miejscu...  

przyprawy jak widać z polskimi napisami, wiadomo - producent a raczej "pakowacz" w PL, jeszcze na skalę "przemysłową" w naszym kraju tych przypraw nie uprawia się...

papryczka chili kupiona już na miejscowym targowisku, rzecz jasna tylko ździebko użyliśmy...

 

 potulnie jak barany wędrują do gara...

a tam nieźle sobie wrze...

przychodzi pora na Telesfora, czyli okra dołącza do towarzystwa... 

przyszła kryska na matyska...  na cebulkę...

nie za drobno pokrojoną...

lokujemy ją razem do sąsiedztwa z papryką...

pomidorki też idą do ( tureckiej ) łaźni, muszą się dobrze wyparzyć...

cukinia z bakłażanem też się zdążyły lekko podrumienić...

raczej nie ze wstydu...

pomidorki lokujemy w naczyniu z papryką, też znakomite towarzycho...

powolutku cukinia z bakłażanem dojrzewa...

zaczynamy etap przyprawiania - na początek idzie sól...

trzeba przyznać,  że w TR jest znakomita sól morska, podobne parametry ma z BG, więc z uwagi na gabaryty bagażnika dokupujemy ją dopiero w BG...

a jakie potem w domku fajoskie ogórki wychodzą ....

przyprawa widoczna na obrazku ma nazwę polsko - języczną...

ale bardzo często kupowana jest i ta i wszystkie inne właśnie w ciepłych krajach...

w domku - pochwalę się - a co ? - mamy więcej przypraw przywiezionych z urlopu niż w niejednej restauracji...  

juz pozna pora... nalezaloby isc spac....

ale zdjecia i opis sprawily ze, mam ochote cos zjesc :)

 

jeszcze jest czas ...

w finale będzie podane do konsumpcji...

czyli jednak "stoliczku nakryj się"...

:-))

zatem pora poszerzyć opis przyrządzania....

trochę sałaty też nam się przyplatało na stole...

tylko zapomniałem jej nazwy a akuratnie maryli nie ma pod ręką...

papryka podrobniona - czeka na swoją kolejkę...

okra, odsączona i wytarta ( ręcznikiem papierowym ) z oślizłej "śliny" jaką sączy po odkrojeniu "łebkow"...

wreszcie garnek - nagrzewamy olej - do tego celu używamy rzepakowego przywiezionego z PL...

maryla uważa, że słonecznikowy turecki ( także bułgarski ) jest za delikatny i przypala się podczas smażenia...

dlatego sam słonecznikowy używamy tam głównie do przyrządzania sałatek...

pierwsza na dno wędruje rzecz oczywista papryka, ma się solidnie zeszklić...

i lśni się jak ...

przyplątało mi się jakieś powiedzonko nie wiadomo skąd - że niby to cuś lśni się jak psie jajka ....

do drugiego gara wędrują bakłażany...

i tak równolegle się podsmażają...     

na początek składniki:

okra - zaraz po przyniesieniu z targu...

nie "muszę" nikogo instruować jak można ją wygooglować...

już po obcięciu łebków i na etapie kąpieli wodnej...

bakłażan pokrojony...

mieliśmy pelne zaplecze kulinarne w naszym lokum, więc pichcenie było przyjemnością...

cukinia pokrojona i lekko posolona...

zasadniczo to maryla na wyjazdach dba o kulinaria, lecz ja zawsze co najmniej towarzyszę jej nie tylko w pichceniu, ale poczynając od zakupu pomagam w przyrządzaniu i na koniec w konsumpcji...

cebula - niestety - maryla jej nie lubi - wiadomo - towarzysze - wicie - rozumicie - jest wzdymająca - to znaczy cebula a nie maryla...

ale jaki daje smak i aromat...

papryka i czerwona i żółta...

ale rzecz oczywista słodka...

pomidorki...

i zwykłe i paluszkowe...

ach - do tej pory czuję ich smak ...

te z marketu teraz zimową porą - nie wymienię nazwy marketu by nie narazić TwSW na sprawę sądową a mnie jako usera też - mają smak papieru...

papryka już odpestkowana i umyta...

celowo pokazuję ilość składników, to było danie dla 2 osób...

proporcje dla większej ilości osób należy stosownie zwiększyć... 

 

 

 

zwiastun naszych osobistych kulinarnych doświadczeń z pobytu w Kizkalesi...

a tak to się zaczęło ...

pojechaliśmy na targ i zobaczyliśmy koszyk pełen maciupkich "ogóreczków"...

niestety - na tym etapie nie uwieczniliśmy obiektu...

podpatrzyliśmy klienta, kóry wybieral z koszyczka...

zapytalismy się co jest grane...

zapisaliśmy na kartce....

kupiliśmy dużą porcję...

w domku poszukalem info z sieci o produkcie...

zapichciliśmy...

będzie sporo fotografii i tym samym receptura...

nie sprawdzałem, czy jest już na TwSie...

ale będzie w naszej relacji... 

aktualnie fociska są w obróbce ....

takie bardzo prozaiczne...

a które miło się wspomina...

zaczynamy od naszej przedpołudniowej kawy konsumowanej na tzw. tylnym balkonie, jako, że nasz apartamencik miał ich 2, to jest wschodni,

na którym już od godziny jedenastej panował cień...

kawę naparzaną w tradycyjnym bałkańskim tygielku dopełniało: pieczywo chrupkie ( PL ) jako dietetyczne z miodkiem ( BG ), naparstkiem ouzo ( mastika BG ), sok pomarańczowy ( TR ), winko ( BG ), mineralka ( PL ), piwko ( BG )...

a potem...

lukamy na parter, tam dwie panie - odpowiadające za sprzątanie lokali ( de fakto co 2 - 3 dni wymiana pościeli i ręczników ) przygotowaly posiłek dla siebie, przyjaciółki i dwójki dzieci które wkrótce nadeszły...

przybliżenie zoomikiem i rozpoznajemy tylko jogurt, pieczywo i wodę mineralną oraz arbuza...

domyślamy się, że owe zupy i dania podpiekane musiały być bardzo smaczne ale jak się nazywają - to tutaj zapraszam speców do rozszyfrowania...

nieraz jadaliśmy podobne zupy w lokantach na trasie a jedną podobną tych z obrazka na parkingu w RO dla TIRów tureckich...

przypominała nam pomidorową podprawioną papryką z kluseczkami w kształcie ziaren ryżu...

pozostaje jeszcze pochwalić się naszą kolacyjką, bo jak wracaliśmy z wieczornego spaceru to dopadała nas chętka, żeby tak "cuś na ząb" wrzucić...

czyli serek ( beyaz peynir ) firmy Icim, posypany świeżym koperkiem prosto z targu, sałatka z ogórków i oliwek, lokalne rzecz jasna, posypane pietruszką i z napjów to podawalismy sobie raki ( BG ), winko różowe (BG), piwko ( BG), turcola ( TR) ...

i delektowaliśmy się widokiem księżyca, który sprawdzał nam swoim wzrokiem zawartość naszych czarek...

 

a zasiadliśmy wieczorkiem - nieraz do późnej nocy na balkonie zachodnim,

rankiem ledwo zdążalismy zjeść śniadanie, zaraz przywalało się prażące słońce do towarzystwa...

bardzo fajna relacja...

lekko i przyjemnie sie czyta!

pozdrawiam

lux

gdziekolwiek się bywa trzeba być skoncentrowanym i na przemian wyluzowanym...

oprócz czytania chciałbym zaprosić do degustacji...  

mniam, mniam, zjadłoby się serka z ziołami, tylko w takich tureckich, sprzyjających temperaturach...

i dlatego już projektujemy czerwcowy wyjazd do TR...

a na teraz ...

nie znajdzie się "niktuś" do rozszyfrowania owych dań tureckich lukniętych z balkonu ?

Trochę mi przypominają z wyglądu İmam bayıldı.

obnośny handelek obwarzankami...

jeśli dobrze zapamiętała - to nazwywały się simit..

tudzież wędujący bar z ciepłymi napojami wte ...

i wewte...

a naszymi przysmakami na plaży były owoce - mniam - mniam a także marchewki... 

uchwycone jakby od niechcenia przez marylę...

której rzuciły się w oczy ciekawe stroje kąpielowe...

owe "tradycyjne" stroje byly dekoracją dla większej rodziny z Syrii mieszkającej w sąsiednim hotelu...

a rozpoznaliśmy je później przez rejestrację ich autka na parkingu... 

powoli zmierzamy do ukończenia i roku kalendarzowego...

i swojej relacji...

a póki co - życzymy solidnego, tradycyjnego Dosiego Roku...  

ogłaszając przerwę świateczną - przesyłam życzenia dla Czytelników, Userów i Administacji ...

Tobie też Jacku, życzymy Wesołych Świąt w świeżo powiększonym gronie rodzinnym! Administracja :)