Aspendos

Położenie


Region: Wybrzeże Śródziemnomorskie
Zabytek reprezentuje czasy: rzymskie.

Opis

Głównym powodem, dla którego większość turystów odwiedza Aspendos, jest najlepiej na świecie zachowany amfiteatr z czasów rzymskich. Dodatkową atrakcją jest możliwość uczestnictwa w wielu wydarzeniach artystycznych, które po dziś dzień odbywają się w amfiteatrze.

Teatr w Aspendos Zdjęcie udostępnił nam użytkownik portalu TwS Jaś_Wędrowniczek.

Jednakże Aspendos to nie tylko teatr, to również ruiny całego antycznego miasta, w tym stadionu, bazyliki i agory. Dodatkowo Aspendos może się poszczycić bardzo "fotogenicznymi" pozostałościami akweduktu.

Aspendos - akwedukt

W Aspendos rozpoczyna się jedna z dwóch odnóg pieszego szlaku wędrownego prowadzącego śladami świętego Pawła. Druga odnoga startuje w Perge.

Dowiedz się więcej o wędrówkach świętego Pawła Apostoła.


Dojazd

Dojazd do Aspendos na własną rękę nie należy do najprostszych. Oczywiście za wyjątkiem sytuacji, gdy zdecydujemy się na wynajem samochodu, ale nawet wtedy trzeba tam jeszcze trafić. Jadąc z Antalyi, po około 50 km docieramy do strumienia zwanego, przez który prowadzi stary most z czasów seldżuckich. Należy skręcić w lewo i podążać wzdłuż strumienia za znakami kierującymi nas do Aspendos.

Strumień Köprü

Do tego samego skrzyżowania można również dostać się dolmuszem kursującym na trasie Antalya-Manavgat, a następnie dzielnie maszerując, w czym pomogą wygodne sandały, przejść pozostałe 4 km. Jeżeli nie mamy ochoty na spacer w 40-stopniowym upale, pozostaje nam wziąć taksówkę ze skrzyżowania, lub próbować załapać się na przejazd autostopem.

Po wyliczeniu powyższych możliwości pragnę gorąco polecić skorzystanie z usług jakiegoś biura podróży, które dowiezie nas pod sam amfiteatr w Aspendos. Większość lokalnych biur ma w swojej ofercie takie wycieczki, najczęściej połączone ze zwiedzaniem wodospadów Kurşunlu i Antalyi lub Side.


W uzupełnieniu mojej wypowiedzi o moim pobycie w Aspendos w dniu 31 maja 2009r pragnę zauważyć, że dotarcie do Aspendos nie jest taki straszne jak pisze autor opisu. Mieszkałem w hotelu Meryan w Okurcalar (w środku pomiędzy Alanią i Manavgat). Dojazd dolmuszem do Manavgat za 4 liry zabierał ok. pół godziny. W Manavgat na tym samym placu postojowym, po drugiej jego stronie stanowisko miały duże autobusy (z klimatyzacją)kursujące do Antalii. Za 5 lir dojechałem do rzeki przecinającej szosę na kilka kilometrów przed miejscowością Serik i poprosiłem kierowcę o zatrzymanie za mostem. Bardzo przydatnym okazało się kilka przyswojonych wcześniej słów po turecku. W tym miejscu miałem ok 4,5 km do Aspendos. Zaraz na początku wędrówki zaczepił mnie kierowca taksówki proponując dość natarczywie kurs objazdowy po okolicy i pokazując planszę ze zdjęciami obiektów. Jego pierwsza cena 60 lir spadła do 35, ale i tak mu podziękowałem mówiąc, że ma dwie zdrowe nogi to się chętnie przejdę, ale nie wiem czy mnie zrozumiał. Poszedłem więc na piechotę drogą początkowo całkiem odkrytą przed palącym słońcem - i miałem rację, że nie dałem się namówić taksiarzowi na jazdę. Po drodze zwiedziłem zabytkowy most, lekko tylko do niego zbaczając z głównej drogi. Potem doszedłem do wsi gdzie się zatrzymałem w cieniu jednego z domów, aby napić się wody, którą miałem w plecaku. Było dość gorąco, by nie powiedzieć upalnie. Zaraz podszedł do mnie właściciel miejscowego sklepu i zaczęła się rozmowa na zwykłe tematy: skąd jestem, dokąd idę, jak mi się tu podoba itd. Był bardzo uprzejmy. Miałem wrażenie, że cały czas po drodze wzbudzałem ciekawość miejscowych, czy to kierowców samochodów, motocykli, czy przechodzących Turków. Widocznie turysta na piechotę w tym miejscu to była rzecz niecodzienna. We wsi tej było rozwidlenie dróg i wybrać należało tę na prawo. Tuż przed Aspendos przy małej kafejce przydrożnej ukazały się pozostałości jakichś starożytnych ruin. Niezadługo potem oczom moim ukazał się ogrom amfiteatru. Droga powrotna była także przyjemna. Niedaleko starożytnego mostu zboczyłem na herbatę i chwilę odpoczynku do mieszczącej się przy rzece restauracji. Przywitałem się po turecku i poprosiłem o herbatę. Obsługa była bardzo uprzejma. Mam wrażenie, że te moje wyuczone tureckie słowa otwierały im serca. I odczuwałem to nie po raz pierwszy. Inni rozmawiali z Turkami albo po angielsku, bywało także, że po niemiecki i po rosyjsku. Ale ilu cudzoziemców stara się zwracać do miejscowych w ich języku? W restauracji gościła akurat wycieczka z Polski, ale nie byłem skłonny przysiadać się do rodaków. Podsumowując - spacer na piechotę od głównej szosy do samego Aspendos jak na moje 60 lat nie był zbyt męczący. Dobra czapka i okulary przeciwsłoneczne, woda w plecaku, wygodne sandały, mapa i kilka słów po turecku - to klucz do sukcesu. Zwiedzanie na piechotę jest o wiele bogatsze niż z okien taksówki. Wierzcie mi. Potwierdziło mi się to później, gdy wybrałem się na ok. 10 km wyprawę pieszą do Alarahan.
Świetna relacja! Czy mogę liczyć również na opowieść z wyprawy pieszej do Alarahan?
Wyprawa do Alarahan nie mieści się nieco w formule tego rozdziału o Aspendos, ale skoro ktoś pyta to oczywiście odpowiem. Na początek chciałem zaznaczyć, że trudno porównywać oba te obiekty. Rozmach założenia architektonicznego Aspendos z jego amfiteatrem i miastem, nawet z tym co w zasadzie po tym mieście pozostało - sprawia, że wyprawa do Aspendos zawsze będzie wielkim przeżyciem. Natomiast efekt z dotarcia do Alarahan ustępuje wyraźnie rangą wrażeniom z Aspendos. Dotarcie do Alarahan było wyraźnie trudniejsze. Najpierw trzeba było dotrzeć do drogi, która odbijała na północ od głównej szosy Antalya - Mersin, biegnącej wzdłuż południowego wybrzeża Turcji. To jest miejsce oddalone mniej więcej 25 km na zachód od Alanii, i ok. 35 km na wschód od Manavgat. Jak już wspominałem mieszkałem w hotelu Meryan w Okurcalar, mniej wiecej w połowie drogi pomiędzy Manavgat i Alanią. Od mojego hotelu miałem do tej drogi idącej do Alarahan ok 6 km. Za niecałe 2 liry podjechałem do krzyżówki dolmuszem, a dalej udałem się już pieszo. Tym razem nie byłem niepokojony przez taksówkarzy i całą drogę odbyłem pieszo. Dolmusze na tej trasie nie kursują, autobusy także. Ruch na tej drodze był znikomy. Na początek ujrzałem tablicę z odległością i byłem, tym co zobaczyłem, nieco skonsternowany. Na tablicy widniało jak byk "Alarahan 9 km". Byłem tym nieco zaskoczony. W hotelu bowiem wyraźnie poinformowano mnie, że dystans wynosi jedynie 5 km. Różnica była zatem spora, ale myślę sobie: do odważnych świat należy - i ruszyłem w drogę. Wodę do picia miałem w plecaku w wystarczającej ilości więc co mi tam. Droga asfaltowa wiła się cały czas wśród pagórków, pól, sadów, wsi i miejscami występujących obszarów leśnych. Nie sposób tu oczywiście szczegółowo opisać tego co mijałem, ale miejscami widoki były przednie. Zwłaszcza, gdy zacząłem się zbliżać do wsi Alara (rzeka płynąca meandrami przez ten obszar otrzymała tę samą nazwę) teren wzniósł się i mogłem obserwować okolicę ze wzgórza. Przede mną w dole leżała dolina, która przemierzała Alara. Dalej na północ widniało pasmo niewysokich , ale mocno wypiętrzonych górek. W pewnym momencie dała się ujrzeć górka o kształcie stożka zakończonego kopulasto. To był cel mojej wędrówki. Ale wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem. Gdy wszedłem do wsi Alara miałem wrażenie, że jestem gdzieś w Polsce, a konkretniej w Małopolsce, tak głównie z uwagi na krajobraz. Obejścia, domostwa żywo przypominały mi nasze. Wszystko tam było: niedokończone domy, betoniarka na podwórku i pryzmy materiałów budowlanych, jakaś maszyna rolnicza stała w kącie pod parkanem zarośnięta chwastami. Z okna do drzewa rozciągał się sznurek, na którym suszyła się bielizna. Obok stał mały traktorek. Na dachu domu antena satelitarna. Wszędzie pusto, drzwi otwarte. Wieś jakby miejscami wymarła. Czasem jednak gdzieś jakiś mieszkaniec dał się zauważyć. W pobliskim sklepie uzupełniłem zapas wody, nieco odpocząłem w cieniu i ruszyłem dalej. Droga wiodąca przez wieś wiła się jak żmija. Dla pewności, aby nie zmylić drogi, bo tu i ówdzie odchodziły w bok inne drogi, wszedłem do jakiegoś gospodarstwa, gdzie przy budowie szklarni pracowało dwóch robotników. Przywitałem się i zapytałem o drogę do Alarahan - oczywiście po turecku. Uśmiech na twarzach moich rozmówców był częścią ich reakcji. Jeden z nich wyszedł ze mną na drogę i łatwo rozumianymi gestami wyjaśnił mi dalszą drogę i wskazał mój cel, który był już z dala widoczny. I dla podkreślenia ważności mojego celu powiedział: "Alarachan good!". Dla precyzji opowiadania muszę jednak dodać, że sam główny obiekt - cel wyprawy, jakim jest karawanseraj był widoczny dopiero, gdy znalazłem się przy nim. Z daleka widać natomiast jedynie skałę, na której znajdują się ruiny zamku, który strzegł szlaku kupieckiego i samego karawanseraju. Same ruiny zamku są widoczne dość dobrze, jednak dopiero z bliska. Gdy patrzy się z daleka, to ruiny wtapiają się w strome zbocza góry-skały. Sam karawanseraj jest zachowany całkiem dobrze jak na obiekt mający ok osiemset lat. Chciałbym, aby w Polsce obiekty mające taki wiek tak wyglądały. Z dawnej konstrukcji brakowało tylko fragmentów dachu. Wstęp do obiektu był wolny. Było pusto, zwiedzałem sam. W sumie budowla nie jest wielka. Ot taki niewielki starożytny hotelik. Na miejscu z boku jest toaleta. Po zwiedzeniu karawanseraju chciałem się nieco przyjrzeć z bliska ruinom zamku. Trzeba uważać, bo miejscami jest niebezpiecznie i można spaść. W tym momencie miałem ok. 10 km w nogach. Moja wędrówka trwała z przerwami ponad dwie i pół godziny w słońcu. Po zwiedzaniu postanowiłem zatrzymać się w jedynej w tym miejscu restauracji ulokowanej nad brzegiem Alary, na wolnym powietrzu. Dominował wśród gości język rosyjski. Mnie pytano od razu po rosyjsku. Wygląda na to, że ten zakątek Turcji odwiedzają głównie Rosjanie, bo innych nacji nie zauważyłem w tym miejscu. Zauważyłem, że na parkingu stały dwa autobusy wycieczkowe. Natomiast większość gości spędzała czas nad wodą. Specjalnie dla wędkarzy potworzono sztuczne małe akweny przy brzegu rzeki i z nią połączone. Na brzegu w cieniu siedziało sporo Rosjan to z piwem, to z czym innym. Kilkanaście osób usiłowało łowić ryby. Pod parkanem w cieniu rozłożyły się dwa wielbłądy mające być atrakcja turystyczną. Dwa inne wielbłądy stały w rzece, a właściciel schładzał je wodą. Okolica przypominała nasz przełom Dunajca. Pod samą skałą, gdzie znajdowały się ruiny zamku, Alara wiła się i przebijała wśród stromych zarośniętych zboczy podobnie jak nasz Dunajec. Tylko kolor rzeki nie byl ten sam. Dunajec jest w zasadzie ciemny. Alara toczy wody kolorem przypominające turkus. Wrażenie wręcz niesamowite. Droga powrotna wiodła tą samą drogą, którą przyszedłem. Przypadkiem znowu spotkałem tego człowieka, który we wsi wskazywał mi cel mojej wyprawy. Poznał mnie od razu i z uśmiechem zapytał: "Alarachan good?" W odpowiedzi z mojej strony padło: "Evet, teşekkür ederim, allaha ismarladik".
Świetna relacja - czy mogę prosić autora o kontakt przez nasz formularz kontaktowy?
Wróciliśmy z podróży po Turcji i m.in. zwiedzaliśmy starożytne miasto Aspendos. Właściwie na uwagę zasługuje amfiteart, który zachował się w ok. 95%. Pozostała część miasta prawie nie istnieje; ślad po stadionie, bazylice i agorze oraz "resztki" innych zabudowań. Wracając do amfiteatru, to po prostu coś wspaniałego. Niesamowite wrażenie; widownia, scena, wejścia zachowały się w bardzo dobrym stanie - jak na wiek tego obiektu. Akustyka niesamowita; bez problemu z najwyższych rzędach widowni słychać monetę rzuconą na scenie. Polecam gorąco. To daje do zastanowienia jak "zaawansowana" i niesamowita była kultura i umiejętności inżynierskie kilka tysięcy lat temu. Ceny biletów wstępu 15 lirów tureckich. Właściwie trafić można bez problemu; są drogowskazy na drodze D400 realcji Antalya - Manavgat, ok. 5km na wschód od miejscowości Serik. Polecam.
Byłem w Aspendos 31 maja 2009r. Amfiteatr przepiękny i wspaniale zachowany. Spierałbym się z przedmówcą o stan budowli. Moim zdaniem zachowała się ona od czasów antycznych nawet w 99%, a ten brakujący 1% to nieco pogryzione zębem czasu krawędzie kamiennych ław i schodów oraz licówka galerii. Natomiast z bazyliki pozostały wysokie mury zewnętrzne. Inne obiekty zachowane są już gorzej. Problem z zabudową miasta, a właściwie z tym, co po nim zostało, jest taki, że Turcy nie starają się o konserwację tego miejsca. Teren jest mocno zarośnięty krzakami, które zasłaniają częściowo widok zwalisk i sterczących tu i ówdzie fragmentów ścian. Wrażenie ze zwiedzania tego miejsca byłoby prawdopodobnie znacznie lepsze gdyby oczyszczono je z zarastającej roślinności i uporządkowano. Podobnie jest w Perge. Uporządkowano tylko okolicę bramy, agorę i główną ulicę prowadzącą do nimfeum. Boki natomiast to jedno chaszczowisko. W Side jest podobna sytuacja. Pozostałości starożytnej zabudowy miejskiej, czyli to co jest na północ od amfiteatru i agory, toną w dziko rozrastającej się roślinności. Przypuszczalnie dzieje się tak wszędzie z powodu kosztów konserwacji. Ale czasem zastanawiam się, czy nie wchodzą także w grę względy nieidentyfikowania się Turków z tą starożytną kulturą, która to stworzyła. W Grecji wszędzie gdzie coś z ziemi wygrzebano zadbano o porządek w otoczeniu znalezisk, choćby to były skromne resztki kamieni. Przykłady: Delfy, Korynt, Mykeny, Epidauros, Ateny i inne.